sobota, 17 sierpnia 2019

SIERPIEŃ 2019

Dziś 17 sierpnia. Wczoraj zaliczyłam któregoś z rzędu lekarza - lekarkę z doktoratem - angiolog. Oczywiście, gdyby nie nasz kierowca, p. Waldek  - zgniłabym w tym domu starców , niezauważona, iż potrzebuję pomocy , bo nie miałabym szans na dojazdy do konowałów, ale czasem też  przejawiających iskierkę wiedzy, którą chłonęłam, jak łyk powietrza.  Nie więcej. 
A  wskazówkę do udania się właśnie do tego specjalisty -  dał pan ortopeda, mocno  zaawansowany wiekiem, kompletnie oderwany od  pacjenta - "niemowa" niejaki dr Ryter. 
Kierował tu, ówdzie - na jedno, drugie prześwietlenie, aż raczył mnie wysłuchać i dał namiar na usg, które wykryło właśnie te ostatnie niedomogi prawej nogi, czyli okołokolanowych bóli, nie mogąc ich znieść, bo każdy krok był męką nie do opisania. Okazało się ,po powtórnym usg u ostatniej pani doktor, iż , owszem, mam  zapalenie żył, mocno podleczone, dzięki  wskazaniu przez poprzednika robienia z  zapisanych zastrzyków  iniekcji (po 10 tychże) i że mam jeszcze je powtarzać 3 miesiące i ma być OK. Oby. Forsa topnieje w tempie  kosmicznym i , jak tak dalej pójdzie, wyzbędę się resztek przetrzymywanej "fortuny".
Wydatków moc i nie widać końca. Otóż, by nie zgnuśnieć, do reszty w czterech ścianach, bez możności wychylenia poza nimi nosa - przegrzebałam cały internet  w poszukiwaniu wehikułu, na tyle niedrogiego, bym mogła go  nabyć  i odnalazłam  skuter  inwalidzki , elektryczny, za 1050 zł. Widać, że staroć, ale oferent zaklinał się , iż na pełnym chodzie i nic mu nie brakuje.
Był  niewielki problem z dowozem, bo facet z Poznania żądał za  osobiste jego dostarczenie 300 zł., na co nie chciałam się zgodzić. W rezultacie oznajmił, że przywiezie mi go kolega, jadący do Wrocławia za 150. I tak się też stało. 
Przywiózł, złożył, poinstruował co i jak , przejechałam się, na próbę , po długachnym korytarzu  i wszystko wskazywało, że pojazd jest na chodzie i będę  mogła zażywać codziennych  "spacerów" po moim ulubionym parczku. Tak się też stało.
Pierwszemu wyjazdowi towarzyszyła p. Kinga, pielęgniarka, by oswoić się z przeszkodami typu: zakręty, wjazdy do windy, wyjazdu , potem na b. małej przestrzeni pokonania innych  zakrętów,  by wreszcie wyjechać zjazdem do parczku - także nie bez małej przeszkody   . Poszło średnio, ale z czasem jeździłam coraz lepiej, aż po ok. 10 dniach na tymże podjeździe - maszyna stanęła, jak wryta i ani rusz dalej. Wyjątkowy pech, bowiem była to sobota, żadnych męskich ramion do pomocy, by dopchać go na górę , a babskie gdzieś poznikały. Tymczasem  doskwierał niemiłosierny upał i  musiałam coś z tym fantem zrobić. Zabrałam się do popychania go centymetr po centymetrze, aż dokonałam niebywałego wyczynu bo doszlusowałam do wejścia i , ledwo żywa, odetchnęłam z względną ulgą. Okazało się, że na równym podłożu ruszył i , choć niemrawo, dojechałam do swojej komnaty. Po drodze natknęłam się na p. Radka, który włączył  ładowarkę  , mającą doprowadzić pojazd do stanu używalności.
Ale następnego ranka - moja wymarzona "limuzyna", ani drgnęła. Zaczęłam szukać jakiejś firmy naprawczej, efektem czego było zjawienie się dwóch fachmanów, którzy niczego  do naprawy nie znaleźli, a pojazd, nagle, ruszył.  Potem , niespodziewanie  przybył jeszcze jeden  mechanik, podobno zamówiony przeze mnie, równolegle do poprzednich. Zabrał ładowarkę do domu, by sprawdzić, czy felery nie pochodzą od niej, ale kiedy zwrócił , okazało się, że działa i ona i  akumulatory także. Tak naładowany  skuterek sprawował się na tyle dobrze,  że następnego dnia wyruszyłam na spacerek, bez przeszkód-  tam i z powrotem , do i z parku.  Tak przez dwa dni. Następnie  , na wszelki wypadek,  doładowałam  maszynę aż pojawiło się zielone światełko, świadczące o  podaniu maksimum napędu akumulatorom i , znów wyjechałam  na wchłonięcie nieco  świeżego powietrza, ale wracając - na podjeździe... maszyna  stanęła i ani rusz dalej nie chciała startować.  I znów przyszło mi pchać ją do góry z ogromnym wysiłkiem i nieludzkim zmęczeniem... I tak samo, jak poprzednio, ale jeszcze wolniej - dotelepałam się do swych pieleszy. W tym momencie kierownica się załamała i legła na mych kolanach. Okazało się, że cwany  b. właściciel pookręcał ją taśmą klejącą tak, by trzymała się kupy jakiś czas, a potem ... niech się dzieje wola boska i niech baba robi co chce, bo on umywa ręce i odpowiedzialność - nie pozostawił po sobie  bowiem żadnego śladu. Ten, który przywiózł to barachło  -podpisał odbiór pieniędzy ,  własnym nazwiskiem, wpisał nazwisko właściciela, bez adresu (miałam jego telefon, więc go dopisałam; kiedy potem próbowałam z nim się skontaktować okazało się, że taki pod tym adresem nie mieszka, nie istnieje !).
Próbowałam znaleźć ich w internecie, ale bez powodzenia. Teraz muszę  znaleźć  firmę, która spróbuje  skuter naprawić, ale czy się da  doprowadzić do użytku i ile będzie znów to kosztowało trudno zgadnąć.  Piotrek zobowiązał się, że kierownicę naprawi tak, by nie  było  z nią więcej problemów.
  Rozpisałam się na ten temat drobiazgowo, bo też przysporzył  mi nie lada kłopotów i  nie wiadomo, jak się zakończy ten etap  mych doświadczeń.






POWRÓT NA ŁONO

Wpadłam znów na ten blog , więc muszę wykorzystać sytuację i coś do niego wnieść.
Opisuję w drugim blogu mój pobyt w DPS, w którym przebywam już ponad 10 lat! A byłam przygotowana na mój rychły pogrzeb. Samopoczucie bowiem wskazywało, że dłużej nie  pociągnę, że  30  lat ciężkich chorób ma się ku końcowi, że nie wydolę i czas przenieść się na łono Abrahama. Okazało się, o ironio losu, że  pociągnę jeszcze i to dość długo. Faktem jest, iż  moja kondycja  nie pozwala się tym tak cieszyć, jak powinnam, bo jak by nie było życie jest ciekawe i jest z czego czerpać wszelkie  niespodzianki, śledzić przebieg politycznych zmagań , choć  smutnych, nie tak przebiegających jak bym tego chciała, oczekiwała - i nie tylko ja... Ale  nie mam wpływu na  zdarzenia tak doniosłe i niezależne  od jednostek, ale od  wielu, wielu osób. Mam nadzieje, że nadchodzące wybory 13 października 2019 roku  będą zwycięskie dla mego ugrupowania - PiSu, który robi dobrą robotę dla kraju i  obywateli - tych biednych, ale i potrzebujących zewnętrznej pomocy, bowiem sami nie potrafią się odnaleźć w tym świecie obłudy , pogoni za forsą, której oddają się, ci sprytniejsi,  bez reszty i bez hamulców.
No, zasygnalizowałam, że wiem o tym blogu i że kiedy najdzie mnie ochota - mogę tu się zatrzymać i przekazać parę  swoich przemyśleń.

czwartek, 25 lipca 2019

MOJE PRZESZKODY W NORMALNEJ EGZYSTENCJI

Tę charakterystykę pozostawiłam sobie  a/a, by od czasu do czasu przypominać, jak jestem widziana  w cudzych oczach. 
Nie wymagam  adoracji, ani nie mam o sobie większego mniemania, ale , co tu dużo gadać,  czuję samozadowolenie, gdy mnie postrzegają  pozytywnie. 
   Zdrowotnie  spotykały mnie sinusoidy - od przypadłości na granicy zejścia - do względnej równowagi, ale  nigdy DOBRZE.  Zapomniałam , jakie to uczucie: nie czuć bólu, nie mieć zadyszki, nie być zmęczoną od rana do wieczora, być wyspaną itd.itp . Zaliczyłam kilku specjalistów, ale niczego od nich odkrywczego nie uzyskałam. Albo nauki przez nich przyswajane  nie były dostateczne, albo  rutyniarstwo  pozwoliło im ulotnić  się z tych  bardziej  wymagających poruszania umysłów wiedzy. Tak, czy owak starałam się, kombinowałam, by się doszperać do materiałów, które mogłyby jakoś oświecić moją, też nie najbardziej,  rozwiniętą korę mózgową. Bo , niby, skąd miałabym czerpać kwintesencję  wszechwiedzy o wszystkim ? Byłam i jestem samoukiem. Nikt mnie nie kształtował, nie  uczył niczego sensownego, co mogłoby się przydać w  życiu. No,i brnę na oślep, nie domyślając się - dobrze li robię, czy też źle, albo w  miarę rozsądnie.
Cztery lata kombinowałam , co by zrobić z lewą nogą, która bolała mnie niemiłosiernie i powodowała, że z trudem pokonywałam kilkumetrową przestrzeń do łazienki. Napomknęłam, że z ortopedów nie miałam żadnej pociechy, bo jedynymi zaleceniami było chodzenie: o szczudłach, lasce,  chodziku  itp. pomocy w odbijaniu się od podłoża.
Wkurzyłam się, podumałam w czasie bezsennych nocy i po przeszperaniu internetu - odnalazłam przyrząd, który uważałam za możliwy do przywracania mnie do większej sprężystości i mocy. Takie coś, na czym stawało się oboma stopami , będące umocowane na szynie i tak sobie jeździłam na nim  w lewo, w prawo, zwiększając  ilość tych ćwiczeń i wzmacniając mięśnie nóg i okołokolanowych.
 Efekt - zaczęłam wychodzić do ogrodu o chodziku, cała w skowronkach, radosna, że łykam świeże powietrze, a nadto oglądam cud- kwiecie i całą parkową przestrzeń zieloniutką, zadbaną , ręką p. Ali - ogrodniczki nad ogrodniczkami.
   Z nikim  się, stąd, nie bratałam, bo nie miałam takiej potrzeby ducha. Dość znajomości pozawierałam w okresie mej dorosłości i tzw. okresu produkcyjnego. Marzyłam o spokoju i samotności , pozostawiając furtkę dla  kontaktu z kimś interesującym,  dla pogaduchy, pośmiania się , wymiany myśli.  Moja samotność była przerywana, z rzadka, odwiedzinami  Mychy, początkowo - Cieciora i kilku innych znajomych, ale stawały się coraz rzadsze, w miarę ich starzenia się ,  chorób , braku ochoty na  ciągłe  odwiedzanie - bez  rewizyt. 
Przeniosłam się wreszcie do samodzielnego pokoju z łazienką , balkonikiem i takie rozmieszczenie  bardzo mnie odpowiadało.
Co z tego, kiedy  widząc sporo mankamentów -zaczęłam walczyć o "naprawę Rzeczypospolitej" - czego efektów można się było spodziewać. Nerwy,  pisanie pism do instytucji nadrzędnych, wygrywanie paru spraw, przegrywanie,  nabywanie nowych antagonistów, sympatyków, penetrowanie internetu - stale psującego się i wydawaniu forsy na jego naprawę. Nie dalej, jak kilka dni temu wydałam 400 zł na 3 informatyków, co to skasowali co bardziej interesujące materiały, łącznie z wszystkimi zdjęciami i w końcówce nadal internet był nieczynny, pozostawiając mnie w czarnej rozpaczy.  Z tejże wyzwolił mnie Piotrek - nasz etatowy konserwator, chłopak na schwał, inteligentny i wszechstronnie, manualnie zdolny. I właśnie , dzięki niemu, toczę swe wspomnienia z bytności w domu starców - do której ma doszlusować  siostra Zochy - Kalina, z którą  , w swoim czasie, razem pracując miałam sporo zgrzytów. Ale nie powinna mnie ona obchodzić i nie będzie.

piątek, 5 lipca 2019

D.C.

I tak rozpoczęła się batalia - walka z znacznie silniejszymi ode mnie urzędasami, trwająca, w sumie, blisko 10 lat. Same procesy , odwołania itp. ok. siedem. Oczywiście przegrana przeze mnie.  Tej historii musiałabym poświęcić tyle czasu, że nie stać mi na jego trwonienie - zważywszy mój wiek i bezsensowność udowadniania , z jakimi swołoczami miałam do czynienia. 
W rezultacie, kiedy  prawnicze bonzy odpuściły jeden z  zasadniczych wymogów do uznania moich roszczeń, czyli  pisemne świadectwo pobytu mego (i wszystkim innych właścicieli majątków) ojca na swoich włościach  w dniu 1  wrześni 1939 roku - czyli  możliwość wznowienia sprawy - odpuściłam, bo nie miałam już siły i nerwów do dalszej batalii.
Pozostało jeszcze  udowodnienie, co także  stanowiło warunek  uzyskania odszkodowania, iż  miejscowość , na której leżała posiadłość należała do Polski (oni twierdzili, że tylko repatrianci z Wileńszczyzny mają prawo do odszkodowań, co nie było zgodne z  wymogami Dziennika Ustaw, które  nie precyzowało tak ujętych żądań, a chodziło w ogóle o przynależność tych ziem do dawnej Polski. A stanowiło, bo należało do I RP Rzeczypospolitej Obojga Narodów,  z Litwą). 
  No, i tak ległam  , nie zdoławszy od nich niczego wydębić.
Zastanawiam się, czy  nie próbować  dociekać mych roszczeń do końca... ,ale do kogo się zwrócić ?
Poruszyłam ten wątek, bo  strawił   jeszcze kilka lat z okresu, mającego przynależeć do oddania się mojej  terapii, odpoczynku w domu "opieki" - nade mną także. Niestety, wypracowana latami samodzielność doprowadziła do tego, że  nikt mną się nie interesował i nie pomagał, bowiem starałam się  nikogo o nic nie prosić i brnąć, w dalszą , ostatnią drogę  życiową - solo. I tak zostało.
Nadto, dorobiłam się  opinii przebojowej, co to nikomu, nic nie przepuści - doniesie, gdzie trzeba i ... lepiej z nią nie zaczynać.
Dochodzą do mnie wieści  że  wzbudzam w poniektórych pracownicach ...lęk. Lęk ? Ciekawe, że  niczego na tym nie zyskuję, nawet poczucia przez nich obowiązku, że  także należy mi to  samo, co wszystkim. Czyli  szczypta uwagi. Tym bardziej, że każdy gest dobrej woli, odpłacam, czym mogę . Czasem nawet sowicie. Bez skutku. Jestem, a jakoby mnie by nie było. Niemal, jak Urszula Kochanowskiego. Tyle, że ona była nieżywa, a ja  jeszcze oddycham, choć ledwo,ledwo. I pomyśleć, iż Zośki nie ma już na tym świecie  niemal 1,5 roku, a Kalina ma się, jakoby, wprowadzić. Nie jestem  zachwycona, a właściwie jest mi obojętnie.

sobota, 29 czerwca 2019

POCZĄTKI ROZPOCZĘCIE STARAŃ O ODSZKODOWANIE ZA POZOSTAWIONE MIENIE

Kierownik nakazał fałszywej opiekunce mnie przeprosić, co też uczyniła. Zapytałam ją tylko : za co mnie tak nienawidziła , że zdołała tyle negatywnych cech mi przypisać i to takich, których, akurat, nie posiadam. Stwierdziła, że nie czuje do mnie nienawiści ,ale  nie potrafi wytłumaczyć, co nią powodowało, że  napisała to, co napisała, ale uległa  czyjejś (nie ujawniła czyjej) prośbie i wypełniła tę część moich akt, które miały  naświetlić moją charakterystykę dla kontroli, mającej  złożyć nam, niebawem, wizytę, prawdopodobnie z MOPSu.
Nic więcej nie zdołałam z niej wydębić, dałam więc za wygraną i pozwoliłam jej odejść.
Dziewczę było chorowite, często bywała na zwolnieniach lekarskich - w końcu przeszła operację  i po kilkumiesięcznym urlopie rehabilitacyjnym - odeszła, na szczęście, w siną dal.  Doszłam do wniosku, że  nie była całkiem zdrowa psychicznie,  miała zmienne  nastroje, zachowania  i pewnie chciała czymś "inteligentnym" się wykazać, dając "popisowy" opis mych wad.  Wolałam jednak, by kontrolujące nas zwierzchności nie miały  aż tak  fałszywej o mnie reputacji, bowiem , choć mam wiele ułomności - to jednak nie te, wymienione przez autorkę mego rysopisu.
No, ale dość tego.  Było, minęło. Przekonałam się jednak nie tylko wówczas, ale w wielu innych przypadkach, że nie mam co liczyć na pobłażanie, ani branie racji mojej strony, nawet jeśli będzie ewidentna, przez opiekunów , cały personel,  przynajmniej  większą jej część, a kierownictwo w szczególności. 
   W początkach bytności w tymże miejscu - nie przykładałam większej wagi do pokarmów, jakie nam serwowano.  Byłam rada, że nie muszę robić zakupów , gotować. Katering, jaki zatrudniano nie spełniał niczyich wymogów podniebienia -  i chociaż narzekano,  na  nieczęstych  zebraniach na ten temat - nic nie ulegało zmianie na lepsze. Przekonałam się o tym po kilkuletnim konsumowaniu stale powtarzających się dań w jadłospisach ,  niejadalnych obiadach, na co reagowałam coraz bardziej nerwowo.  Zaczęłam też pisać protesty-"songi" do kierownika Domu, a następnie dyrektora  całej Diakonii. A , w  miarę upływu lat, próbowałam poruszyć sumienia wyższych władz, by pomogły  zmienić to nieznośne status quo. Zero zrozumienia.
 Tu, na miejscu napotykałam na nieuprzejme i niechętne reakcje, jakobym była odosobniona w narzekaniach, bo inni nie wnoszą skarg, a nawet chwalą sobie ... np. coniedzielny rosół - niczym nieprzypominający domowy, bo wodnisty, z kupą makaronów , zasłaniających zupę jako taką -obrzydliwy. Było wręcz przeciwnie. Większość krytykowała nasze żywienie i miała podobny  pogląd, ale wiadomo, że kiedy przychodzi co do czego - nie ma odważnych , by przekazać kierownictwu  swoją  prawdziwą, negatywną opinię. Wszędzie tak się dzieje. Mam na to sporo przykładów. Ludzie tchórzą, bo choć nie mogą przewidzieć reakcji  zwierzchnictwa - to wyobrażają sobie, że spotka ich jakaś niewyobrażalna  kara i wolą się nikomu nie narażać ,  znosząc wszystkie przeciwności losu, jakie spotkały ich na nowym miejscu .
Tymczasem moje skargi nie milkły,   powtarzały się co roku, bo reakcje na NIE nie zmierzały ku poprawie  naszego żywienia , a wręcz przeciwnie. Wrogość natomiast w stosunku do mojej osoby proporcjonalnie wzrastała, w miarę mnożenia  się  moich dążeń do poprawy świadomości ich praw, przywilejów itp., których nie mieliśmy, a należało już  egzekwować na wyższych szczeblach hierarchii państwowej.
No, i pisałam. Do ministerstw, urzędów wojewódzkich , inspektora danych osobowych itp. o uświadamianie nas  w tej mierze. 
Niezależnie od aktualnych  do załatwiania spraw, miałam jeszcze niedokończoną, a rozpoczętą ok. 7 lat temu założoną   sprawę  zwrotu za mienie zabużańskie. Podjęłam ją, kiedy zmieniały się  nasze władze państwowe, a na czele  Min Spraw Zagranicznych stanął p. Skubiszewski - z wyglądu szlachciura, ale wewnętrznie nie wydobyty jeszcze ze skóry komuszej - ich człowiek. Rozpoczęłam batalię od sprowadzenia z Litwy dokumenty o przynależności Dowgirdowa do mego ojca, co, o dziwo, uzyskałam  w dość szybkim terminie. Nie było opisu budynków, inwentarza , tylko ziemi w ilości ha (po parcelacji  130 ha). O budynkach zaświadczył w sądzie  Wojszwiłło, choć przez pomyłkę podał, iż były drewniane, co nie  odpowiadało prawdzie. Nie wypadało na miejscu prostować pomyłkę, bo mogliby sądzić, że coś kręcimy, więc pozostawiłam to bez komentarza. Tak, czy owak - proces został rozpoczęty. Ale co mnie jeszcze czekało przez lata,  nie umiałam przewidzieć , bo na wstępie zrezygnowałabym z roszczeń. A najgorsze było uczestniczenie bliskich krewnych w zmowie i  intrydze, by sobie spróbować zagarnąć mienie. Właściwie owa wieść, którą przekazała mi Helenka, siostra Mietka Raczkowskiego w czasie mego pobytu w Łodzi tak mnie  zbulwersowała do działania. Mianowicie , oświadczyła, iż wie o staraniach Zosi i Jerzego także Dowgirdów, ale z innego plemienia (Plemborscy) do  odzyskania majątku mego ojca, na podstawie zbieżnych nazwisk i braku dokumentów własności (nie wiedzieli, że otrzymałam ich znaczącą część).

poniedziałek, 24 czerwca 2019

JAK DALEJ ?


Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że większość personelu nie nadaje się do pracy z nami, schorowanymi staruszkami. Zero empatii, rutynowe"odwalanie" obowiązków, a najchętniej  spełnianie ich  z jak najmniejszym nakładem sił.
   Jedna z opiekunek, spełniająca u mnie jedynie czynność opróżniania śmieci , zabawiła się w psycholożkę, wystawiając mi opinię, która wprawiła mnie w osłupienie, a potem w wściekłość.
Dowiedziałam się, mianowicie, że każda przyjęta do domu osoba - ma prawo wybrania sobie  opiekunki pierwszego kontaktu, do której powinna  się zwracać , w pierwszej kolejności, w razie zaistniałej potrzeby. Nikt mnie o tym nie powiadomił, a dowiedziałam się o fakcie ,  i o innych przywilejach,  dopiero po zażądaniu  z MOPS  wewnętrznego zarządzenia. 
Nie znając swych przywilejów przez kilka lat nie interesowałam się nimi i nikogo nie "zaklepałam". Tym bardziej byłam wyprowadzona z równowagi,że owa "opiniodawczyni" nie tylko nie była moją bezpośrednią opiekunką, ale nawet gdybym  była uświadomiona - na pewno bym jej nie wybrała. 
Intrygantka, pyskata,  ordynarna - nie  była akceptowana przez personel, a przez mieszkańców owszem,  lubiana, bo nie stroniła od pracy i  potrafiła  świadczyć drobne usługi poniektórym , nie należące do jej obowiązków, chyba po to, by wyrównać  skrajnie różny  o niej  pogląd .
Zakładano też teczki personalne  każdej , nowo 
zamieszkałej  osobie, o czym również  nie wiedziałam i nie wyraziłam na to zgody, potrzebnej do jej otwarcia. A kiedy przyszła do mnie z tą teczką opiekunka, z przydziału,  i przeczytałam swoją charakterystykę - nie mogłam się uspokoić.
   Wykombinowała, bo nie mogła  znać  ani mnie, ani moich wad - najgorsze cechy, których  nie miałam: egocentryzm,  apodyktyczność, pisanie do zwierzchnictwa donosów   w momencie zawrotów głowy (!), ... początki  demencji  itp. bzdury. Była cała chryja, jaką rozpętałam, a od pań  odpowiedzialnych za dopuszczenie byle kogo do  wpisywania w akta podobnych bzdet - zażądałam  likwidacji teczki i  odpowiednie ukaranie autorki  tekstu. Obie panie  przyrzekły, że natychmiast to zrobią , więc, uspokojona, zaniechałam  dalszych  dociekań.
Okazało się , po dwóch latach, kiedy otrzymałam nową "przydziałową" opiekunkę  i ona przyszła  z ową teczką... o, zgrozo, że... opinia , wydana przed dwoma laty - nadal  w teczce figuruje. Jakież to nieodpowiedzialne,  mało obowiązkowe  pracownice ! Przepraszały, mnie, ale ja już nie miałam do nich zaufania i  porządnie je zrugałam,a nadto napisałam do nowego kierownika pismo o  wyciągnięcie z tego faktu surowych konsekwencji. Nie  ukarał, ale sam przyniósł mi  owe bazgroły do własnej dyspozycji. Mam je - na pamiątkę,bo jeszcze czegoś podobnego   nigdy nie dostałam.
  Oto, w  niedługim czasie po próbie zadomowienia się , spotkały mnie już dwie  niebywałe przykrości, które nie powinny  były mieć  miejsca.

niedziela, 23 czerwca 2019

Naszła śmierć ... Rano zadzwoniła Olcia, córka Alki  Czerskiej, koleżanki z szkolnej ławy, z którą spędziłyśmy, w swoim czasie, sporo wspólnych chwil. Ja pomieszkiwałam w internacie, ona, z siostrą - przy mamie,  albo w innych, mniej ciekawych miejscach, ale trzymałyśmy się razem, choć w sferze  poglądów politycznych - umiała i lawirowała, jak jej było wygodniej.  Wyszła za mąż, doczekała się córy, którą jednak wychowywała babcia ze strony ojca.  Dopiero jako podlotka wróciła pod mamine skrzydło. Mąż zginął tragicznie, pod kołami pociągu. Nie był jej podporą , nie stanowili zgodne stadło i  , wobec tego, żal po jego utracie - nie był zbyt dramatyczny. 
Odnalazłyśmy się  w okresie powstawania Solidarności - obie wielce oddane temu ruchowi, a Ola  - po 81 r. zaczęła pracować i do tej pory , czyli w roku 2019 - nadal pracuje w Zarządzie "S" Gdańskim . I Ala, całkowicie,  ciałem i duchem przekabaciła się we właściwą stronę, zapominając ZMP-owską przeszłość ... Mnie krewni załatwili  możliwość uzyskania kombatanctwa AK, które otrzymałam po zmianie ustroju. Nie dość, że mam, dzięki temu dodatek pieniężny - to przede wszystkim satysfakcję, że zawsze stawałam na właściwej stronie...
Ale co ja gadam ?! Wszak mam odnotować, że jedną duszyczką jest nas mniej, coraz mniej, a ja i kilka  , trzymających się życia  kumpelek jesteśmy bardzo blisko odlotu. Tym razem - ALA, lat 89. W szpitalu, 23 czerwca, nad ranem. Przy asyście Oli. Przy mnie, nie będzie "wartownika". Umrę w samotności, jak żyłam. Nie biadam, bo nic by z tego nie wynikało.
Umarła moja kumpela, z którą jeździłam też do Budapesztu - taka romantyczka, w szkole zakochana w jednym, pryszczatym chłopaku na zabój. Biedna, wcale nie taka szczęśliwa jak by chciała, istota...
Żegnaj, Alciu - na zawsze. Nie wierzę w życie pozagrobowe.
Marnie ktoś ułożył harmonogram dla ludzkości - wszyscy do grobów. Jaki więc sens życia ? Nie znam odpowiedzi.

sobota, 22 czerwca 2019

MIJA CZAS...

Jakoś śmierć nie nadchodziła , więc próbowałam  się pozbierać i, z czasem , o dziwo,  zaczynałam, w żółwim tempie, ale nieco dobrzeć. Nikt mi w tym nie pomagał,  bo nie korzystałam z  rad 3 doktórek , podtrzymujących nas, niby, przy życiu, a dyżurujących  każda , po kolei,  raz na tydzień - (teraz - raz na miesiąc). Jedna z nich , stara znajoma, jeszcze za czasów  mojej zawodowej pracy na Politechnice, była zatrudniona  w szpitaliku dla szkół wyższych, gdzie często lądowałam, powalona , co rusz, jakąś  dolegliwością, z której nie  potrafiłam się wygrzebać. Nie była, ani ona, ani reszta zatrudnionych lekarzy na wyższym, niż przeciętny poziomie wiedzy medycznej  - zatem i  terapia przebiegała niezbyt sprawnie , właściwie bez efektu. I tak wędrowałam od szpitala do szpitala - naliczając tych pobytów - do kupy 25.  Przybywało mi tylko grup inwalidzkich , aż doszlusowałam do I-szej, nadanej sądownie, ale diagnozy - żadnej solidnej , prócz nadciśnienia, cukrzycy, niedoczynności tarczycy (zoperowanej w tzw. międzyczasie), a po pobycie w Holandii  w r. 1979 u Kryśki "Wiaderko" i zerwaniu ścięgna Achillesa (opis w książce "Gabriela" pod ps. Gabidow) - dodatkowe inwalidztwo , zmieniające , co rusz, swoją   niewydolność ruchową , bym zanadto nie wpadała w samozachwyt, że mam coś z głowy i... z nóg.
I tak, oto,  połykałam lata pomieszkiwania w domu starców , zaczynając rozglądać się wokół przybytku, w którym  przyszło mi żyć. 
Po roku zaproponowano nam, z p. Zosią,  przeniesienie na niższe piętro, czyli awansowanie na samodzielne mieszkanko. A więc   pokoik  ca 16 mkw. , łazienka, dość spora, balkonik. OK.

czwartek, 20 czerwca 2019

OSTATNI ETAP ŻYCIA, JAKI ODBYWAM W DOMU OPIEKI SPOŁECZNEJ "SAMARYTANIN"

Trwa nieustanna wojna z kierownictwem domu opieki, w którym zamieszkałam  od 2009 roku.  Właśnie minęło dziesięciolecie pobytu  w tym wybranym przeze mnie domu.
A wyselekcjonowałam go poprzez lustrację wszystkich domów tego typu nie tylko we Wrocławiu, ale też  w obrębie miasta.
Nigdzie, prócz  Ewangelickiej Diakonii,  nie oferowano osobnych pokoi, co też wyjątkowo i jedynie mi odpowiadało na  doszlusowanie do ostatnich mych dni. Miał to bowiem być końcowy  przystanek niezbyt udanego żywota.
Szczęśliwym przypadkiem, jednym z sześciorga  w mym życiorysie - była możliwość  przejęcia na własność mego spółdzielczego  M-1 po cenie, którą nawet ja mogłam wygrzebać z marnej emerytury. W zasadzie zapłaciłam tylko  notariuszowi za przygotowaną dokumentację. Wyszło bowiem odgórne zarządzenie, że wieloletni  spółdzielcy, w  roku 2009 mogą odkupić mieszkania na własność, co skutkowało  nagminnym ich nabywaniem. W innym wypadku nie miałabym najmniejszych szans na  nabycie 19 mkw.  przestrzeni, jaką zajmowałam.
Po spenetrowaniu  możliwości wyboru jakiegoś dożywotniego lokum, wybraniu go - rozpoczęłam  starania sprzedaży  mojej wieloletniej przystani, w której spędziłam  ponad 40 lat. Wybrałam  firmę zajmującą się sprzedażą podobnych obiektów i po kilkumiesięcznej próbie znalezienia reflektanta - młoda para zgłosiła akces  wykupu  za niewiele ponad 100 tys. zł.  
   Nadwyżka  owej "niewiele ponad" poszła  na opłatę za pośrednictwo , przenosiny, podarunki koleżankom za pomoc  w przewożeniu części rzeczy, kupno kilku niezbędnych  urządzeń  do nowego mieszkania itp. Pozostało mi 90 tys. , z której to kwoty skrzętnie skorzystała administracja Diakonii, pobierając roczną opłatę za pobyt , w pełnej wysokości, tj. ok. 2.900 miesięcznie, czyli ok. 35 tys.  Ok. roku,  po spłaceniu należności - wmówiono mi, że nie opłaciłam jednego miesiąca, co było ewidentnym kłamstwem, bowiem zawsze, pierwszą rzeczą, jaką regulowałam natychmiast, w pierwszych dniach miesiąca - to wszelkie opłaty, jakie miałam, łącznie  z czynszowymi.
Jako że raz PZU przekazywało emerytury  do banku, a raz  na adres zamieszkania -  nie dopilnowałam odbioru pokwitowania, co natychmiast wykorzystano i musiałam zapłacić  dodatkowo jeszcze prawie 3 tys. Szalałam, awanturowałam się, ale nic nie pomogło, bowiem nie miałam dowodu wpłaty i skrzętnie na tym się oparto.
Zostało mi do dyspozycji  ok. 57 tys. I tak kwota ta była  dość znaczna, biorąc pod uwagę , jaką miałam emeryturę i czym dysponowałam w ciągu  swego produkcyjnego okresu, kończącego się na pracy w Politechnice Wrocławskiej , na stanowisku dyrektora adm.  Instytutu Matematyki  - tak samo marnie  opłacanego, jak  i na innych, które piastowałam.
  Otrzymałam, na wstępie , pokój na II piętrze, gdzie lądowali  wszyscy, a przynajmniej większość przyjętych do Domu (była niewielka ilość  protegowanych, otrzymujących od razu odrębne pokoje, z łazienką,  balkonikiem  - na niższych piętrach), z wspólną łazienką , z p. Zosią 93 -letnią mieszkanką drugiego pokoju , wychodzącego na obszerny  balkon. Ja nie miałam takiego dostępu, bowiem pokoje na tym piętrze , w swojej pierwotnej formie, były spore, łączone - przeznaczone dla małżeństw i dopiero z czasem je rozdzielono. Właśnie tak -  jedni dostawali pokój z balkonem , inni bez.  Tyle, że p. Zosia , bez oporu,  udostępniała mi go w razie potrzeby. 
Wydawała się też  sympatyczną , rozgarniętą starszą panią, niezbyt zasobną i bezkonfliktową. Dogadzałam  jej, w miarę możności. Kupowałam  jakieś niezbędne  rzeczy, podkarmiałam,  rozmawiałam ... Tyle, że zdrowotnie znacznie bardziej od niej podupadałam. Wszystkie wredne choroby nasiliły się i byłam przekonana, że są to moje ostatnie ziemskie chwile. Koszmarne nadciśnienie, cukrzyca w  kwiecie rozwoju , kołaczące serce, zawroty głowy  itd.itp. Ona  narzekała na jedynego syna, który zamieszkiwał  u siebie i  tylko odwiedzał ją po to, by wykłócać się i przeciwstawiać. Rozwodnik, wielce nieciekawy typ.  Z czasem okazało się, że staruszka - to  cwaniutka  osóbka. Obmawiała mnie przy  opiekunce, która przekazywała mi te wieści, udawała, że  słucha moich rad, a  ani myślała z nich korzystać. Miała własną, dość dobrze wypracowano filozofię życiową. Opowiadała o swoich dwóch małżeństwach, a także -  jak wyrolowała tego  drugiego małżonka -  wszystko mu rekwirując przy rozwodzie. O niej jeszcze napomknę, bo naraziła mi się wielce i zawiodła.














piątek, 3 maja 2019

WYJAZD NA DRUGI ZABIEG DO KLINIKI W CZECHACH

JESTEM WYCZERPANA, ŚPIĄCA - DO NICZEGO.  MARTWIĘ SIĘ, JAK ZNIOSĘ PODRÓŻ DO CZECH, ZABIEG I DROGĘ POWROTNĄ.  
CHYBA W TYM ROKU , MOJE ODZYSKANE KREWNE, NIE PRZYBĘDĄ. MAM, OCZYWIŚCIE, DLA NICH PREZENTY , ALE NICI Z TEGO.
Udało mi się  dojechać z kierowcą, odbyć zabieg, przespać się w hotelu, (inaczej z wyczerpania pewnie wyzionęłabym ) i wrócić. Nikt z  kierownictwa, ani personelu nie był zainteresowany efektem moich  wysiłków, by dokonać tej ważnej  dla mnie sztuki i mimo fatalnego samopoczucia zdecydować się  na trud podróży, oczekiwanie godzinami na operację i  3 -godzinny powrót do domu. Samotnie. Pytano , miejscu, kiedy przenosiłam się z chodzikiem to tu, to ówdzie - jak to jest, że puszczono mnie,bez opieki , tak wyczerpującą podróż  - w tym 2 operacje. Puszczono, w tym rzecz, co wskazuje, jaką miałam opiekę i kto się mną przejmował. Nie wiem, jak inni, ale ja - jestem srodze zwiedziona  otoczeniem, w jakim się znalazłam.

czwartek, 2 maja 2019

NOWE...

Cały system internetowy , że tak powiem - szlag trafił i musiałam wezwać informatyka, by naprawił, żebym mogła korzystać z laptopa , w ogóle, a internetu w szczególe... I tak się stało. Pozbyłam się  200 złotych (dodatkowo 20 zł kabelek) , ale internet działa. Sporo zapisków gdzieś zniknęło i powoli je odszukuję, ale ważne, że nie zostałam odcięta od świata. Ale, co się naszukałam chętnych do napraw komputerów - to moje... Większość już nie działa, a jak działa - to nie przyjeżdża do domów - trzeba  urządzenia do nich dowozić, a wiadomo, że to nie dla mnie taka usługa. Znalazł się  wreszcie i chwała mu za to. W ogóle w tym miesiącu mam wydatków co niemiara. Trochę mnie w tym pomogła "premia" dla emerytów, ale w tym gąszczu  wydatków - jakoś ginie ich znaczenie.  Przecież mało, ale w sumie coś - to opłaty za  operację zaćmy oby oczu - teraz , tj. 10 maja jadę na drugą. To pierwsze oko prawie nic nie widzące - nagle rozjaśniało blaskiem pełnego widzenia. Bomba ! Tyle, że  czuję się jak wyżęta szmata - słabowita , zmęczona i niewyspana... Ale widzę !! Za jedyne w sumie 600 zł , w Czechach, Ostrawie - za transport, hotel , śniadanko w nimże  ... . Dodatek,  to kupno jakiegoś jedzonka. W sumie o wiele mniej , niż bym miała w perspektywie lata oczekiwań ,  w Polsce,  na zabieg. Gorzej, bo podróż męcząca i eskapada , przy mojej marnej kondycji -wyczerpująca. Ale warto. Po stokroć.
Teraz kompletuję kontakty.  Stare zostały skasowane i wyszukuję  w zaległościach, by je odnowić. Na razie tyle.
Tu próżno szukać współczującego człowieka, skłonnego do pomocy. Obojętność, izolacja. Nikt nie spełnia nawet swych obowiązków do końca. Oby się wywinąć, oby robić jak najmniej.  Teraz zbliża się drugi wyjazd, a ja mam problemy, czy będzie komu otworzyć  zamknięte w nocy drzwi dla  kierowcy, który po mnie przyjedzie. Dyżur ma, akurat, pielęgniarka , rozsierdzona na mnie, że  odwołałam jej "usługi" sms-em, Ukrainka, będąca kilka lat moją opiekunką pierwszego kontaktu. Nadawałam jej niezliczona ilość ciuchów , które wynosiła worami. Przy każdej jej wizycie, polegające na  siedzeniu i wymyślaniu przeze mnie  tematów do rozmów, bo ona - ani be, ani me - zawsze wciskaniu jej jakiegoś souvenir'u - kończyły się nasze kontakty. Nigdy nie zapytała, czy czegoś nie potrzebuję. Czasem robiła dla mnie jakiś zakup w  sklepie, do którego ja nie miałam dojścia.  No, i właśnie  od niej jestem zależna 10 maja,  w nocy. Ale dam jakoś radę, nie ma obawy.
Przełożona pielęgniarek,  a jest nią absolwentka  studiów humanistycznych - nie raczyła zainteresować się, jak przebiegł zabieg i w ogóle  cała eskapada. Sama nad sobą się użala i obgaduje  męża, z którym się rozwodzi, że taki nieczuły, ordynarny wręcz,  gnębi ją i nic go nie obchodzi... Ale samej dać nieco  uwagi i dobroci komuś zależnemu od niej - co to, to nie. Pal ją cześć.

AKTUALIA

NARUSZYŁAM  TYM  MASAŻEREM STOPĘ I PRZEZ KILKA DNI NIE MOGŁAM NAWET NA NIEJ STĄPNĄĆ. MAŚCI NIE POMAGAŁY, AŻ WRÓCIŁA KINGA I  ZALECIŁA MI ZIM...